środa, 8 czerwca 2016

4. Psi żywot

Właściwy pies na właściwym miejscu.
Mam psa, ma na imię Śledzik, dla Anglików Slegy. Pół husky, pół border collie. W krainie uprzejmego, lecz chłodnego dystansu psy są prawdziwymi “emocjonalnymi lodołamaczami”. Można o nich rozmawiać z zupełnie obcymi osobami, zagadać lub zostać zagadanym. Pies to chyba drugi po pogdzie ulubiony temat niezobowiązujących pogawędek. Wymiana zdań człowiek – człowiek to jedno, ale nie sposób nie zwrócić uwagi na komunikację człowiek – pies. Najbardziej uderza ton, jakim mówi się do nich. Kobiety nawołują swoich pupili w możliwie najwyższej, wręcz sopranowej tonacji. Przypomina to sposób mówienia do dzieci. Podobno psy najlepiej to słyszą. Pierwsze wrażenie jest naprawdę dziwne. Oczywiście przyzwyczaiłam się już do tego i sama czasem używam tego tonu, ale upewniam się najpierw, że nikt mnie nie widzi ani nie słyszy.
Ton to nie wszystko, ważna jest też treść przekazu. W Polsce uśmiechamy się z sympatią mijając starszą panią, która do swojego otyłego kundelka odzianego w jaskrawy, wełniany kubraczek (przez nią zrobiony) mówi jak do wnuka. Myślimy – samotna osoba, pies to jej jedyny towarzysz. W Anglii wszyscy i wszędzie, bez żenady, do psów mówią jak do dzieci. Mnie to akurat cieszy, że tak tu się je traktuje. Nie dziwi mnie już pan w sile wieku, który strofuje parę uroczych, młodych golden retriverów: “Ależ chłopcy, idźcie prosto, bo jak się tak będziecie dalej zachowywać, to nigdzie nie pójdziemy i koniec spaceru”. Oczywiście nie wszystko wygląda tak różowo.
Jest pewnien gatunek właścicieli, a raczej właścicielek czworonogów (nie lubię tego słowa, ale potrzebuję synonimu), które staram się omijać. Rozpoznaję je na odległość. Węsząc skandal, od razu biorę Śledzia na smycz. Problem w niezrozumieniu psiej psychologii. Samce alfa lubią ustawić odpowiednią hierarchię w stadzie. Objawia się to odruchem dominacji. Można ją okazać kładąc głowę na grzbiecie “zdominowanego” albo, niestety, skacząc na tylnią część jego ciała, co utorzsamiane jest z czynnością seksualną. Przewrażliwione właścicielki, nie mające pojęcia o zachowaniach psów, dostają histerii na widok “tych” ruchów i wszczynają awanturę, robiąc się bardziej agresywne od walczących amstaffów. Kiedy psy już dawno by sprawę załatwiły między sobą i poszły do domu, one wciąż zniesmaczone krzyczą. Bywają tez łagodniejsze, ale bardziej ekscentryczne “adwokatki” swoich pupili. Pewna pani, aspirujaca do wyższych sfer, zapytała mnie, gdy jej corgie chciał obwąchać psim zwyczajem zadek Śledzia: “Czy nie ma pani nic przeciwko”? Nie miałam. Śledź też nie.
Z reguły jednak Anglicy pragną uniknąć konfrontacji. Są przy tym szalenie uprzejmi. Ta zapobiegliwość połączona z uprzejmością doprowadza czasami do absurdalnych sytuacji. Czując, że Śledź ma ochotę zdominować napotkanego golden retrivera, wzięłam go na smycz. Okazało się, że i tamten pies miał podobne ciągoty. Właściciele zaczęli więc go przywoływać: “Nawet o tym nie myśl. No chodź! Kiełbaski, kiełbaskiiiiii!!!” (“kiełbaski” wykrzyczane oczywiście w wysokiej tonacji). Tymczasem, chcąc uniknąć kolejnego problemu, musiałam odciągnąć Śledzia od czekoladowej labradorki (straszliwe psie uwodzicielki). Zobowiązana właścicielka chciała przywołać ją do porządku, pokrzykując “Biszkopty, biszkopty, biszkopty”. W to wszystko wbiegł zawsze wkurzony stary beagle Jack, który wobec Śledzia jest agresywny. Właściciel dołączył więc do chórku biszkoptowego, ale Jack miał to w głębkim poważaniu. Pośród “kiełbasek” i “biszkoptów” sytuacja zaczęła się zaostrzać. Jack rzucił się na Śledzia a jego właściel rzucił piłką w Jacka. Ta odbiła się od psa i z całą mocą trafia we mnie. Diabli wzięli uprzejme starania. Przeprosinom nie było końca.

Tu będę przychodził.
Idzie z tym biszkoptem czy nie?

To, co mnie na początku zaskakiwało, to fakt, że nikt nic nie ma przeciwko psom w pubach. Tym bardziej, ze pub to nie tylko napoje, ale i jedzenie, a dla niektórych zwierzę i higiena to elementy wykluczające się. Miskę z wodą pies dostanie wszędzie, to akurat normalne, ale w standardzie są także psie biszkopty a nawet wygodne posłanie. Nierzadko to kelner przynosi zwierzakowi ciasteczko. Śledź wyrobił sobie nawyk opierania się przednimi łapami o bar i sprawdzania, czy tu podają coś "na ząb". Do wejścia często psa zaprasza już tablica na zewnątrz. W jednym z pubów wypisano: “Dzieci tolerowane, psy mile widziane”...
Siedzę i myślę
Rzuci się czy się nie rzuci?


Zdecydowanie to moja sofa.

piątek, 22 kwietnia 2016

3. Pamięć drzewa

W Polsce co krok widnieje szyld zakładu pogrzebowego, na wystawach kwiaciarni radość imieninowych bukietów gaszą smutne wstążki “Ostatnie pożegnanie” upięte do wieńców pogrzebowych. Memento mori ma tam swoje charakterystyczne oblicze, w które spoglądamy każdego dnia. 
Tu, gdzie teraz mieszkam, próżno szukać podobnych symboli związanych z ostatnią podróżą. Gdyby nie drogowskaz “Guildford Crematorium”, można by pomyśleć, że ludzie w Anglii nie umierają. Malownicze cmentarze położone przy kościołach wyglądają tak, jakby ostatnio pochowano tu kogoś 300 lat temu.
A jednak umierają...Świadectwa pamięci o tych, którzy odeszli, spotykam w zupełnie nieoczekiwanych miejscach.
Spacerując po okolicznych wzgórzach siadam na ławce. Ławki ustawione są w najpiękniejszych miejscach widokowych. Moją uwagę zwraca tabliczka. Zawiera datę urodzenia i śmierci, imię i nazwisko oraz krótką wzmiankę o tym, że ukachana osoba uwielbiała właśnie tu siadywać i podziwiać widoki. Każda z napotkanych ławeczek poświęcona jest innej osobie. Czasem ktoś zostawi tam bukiet kwiatów. Wzruszają mnie te pomniki pamięci, skromne i połączone z przyrodą. Kontemplując naturę, patrząc na przepiękne widoki jakoś łatwiej myśleć o tym, że kiedyś staniemy się ponownie częścią ziemi, wsiaknięmy w nią na zawsze.


W lesie wielokrotnie wchodziłam między drzewa zaintrygowana kolorem czy kształtem, który nie pasował do otoczenia. Czerwień okazywała się barwą kwiatów złożonych ku czyjejś pamięci pod drzewem. W miarę wchodzenia w las, coraz więcej drzew naznaczonych było historią czyjegoś życia i śmierci. Na jednym ktoś przypiął zafoliowaną kartkę, pewnie z listem pożegnalnym, przy innym zostawiono drewnianego ptaszka, przy kolejnym bukiety kwiatów i tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Każde z tych drzew zyskało zupełnie inny wymiar. Mogłabym napisać, że stało sie pomnikiem, jednak moim zdaniem to zupłne zaprzeczenie idei pamięci zaklętej w drzewie. Pomnik kojarzy się z czymś zimnym, statycznym, umarłym jak osoba, którą upamiętnia. Drzewo natomiast rośnie, wypuszcza nowe liście, żyje a my bardzo chcemy, by pamięć o nas żyła. Pod jednym z drzew leży tabliczka z napisem: “Moja historia zaczyna się tutaj”...





czwartek, 21 kwietnia 2016

2. Oddech Kreta

     
     
    
      Właśnie dzieje się coś, co każe mi napisać o kolorze niebieskim. Jest to mój ulubiony kolor, fascynujący ze względu na ilość odcieni a także ich szalenie poetyckich nazw. Jako mała dziewczynka zakradałam się do szafki, w której mój tata trzymał farby, ktredki i pastele. Były to przedmioty dla mnie zakazane, bo jako dziecko mogłam je przecież “wypaprać”, połamać, zniszczyć. Ja jednak otaczałam je kultem i zaciagałam się zapachem tej szafki, którego główną nutę stanowiła woń drewnianych ołówków. Wpatrywałam się w prosokąty kolorów wypełniające czarne pudełko. Każda z farb miała wgłębienie, które powstało na skutek nabierania koloru na pędzel. Tworzyły zwarte, błyszczące powierzcnie. Na wieczku znajdował się opis z nazwami kolorów. Wśród odcieni niebieskiego kobaltowy, chabrowy, turkusowy i ten jeden, jedyny, najbardziej podniecający: Błękit paryski. Ciemny, zimny, nasycony, trudny do zdefiniowania niebieski. Do tego z Paryża! Czy chodzi tu o kolor płaszczy paryskich dam, kolor nieba nad miastem, apaszek i szalików, ścian w mieszkaniach czy jeszcze czegoś innego? Definicja tego nie wyjaśnia a do tego odziera barwę z magii:
"Błękit paryski - kolor zimny pochodny. Czasami bywa mylony z granatowym, choć nie jest do niego zbyt podobny. Przypisywany jest nieorganicznemu związkowi chemicznemu, żelazocyjankowi potasowo - żelazowemu. Ta sama substancja nazywana jest też błękitem pruskim i błękitem Turnbulla, od czego nazwy biorą dwa zupełnie inne kolory."(http://pl.kolory.wikia.com/wiki/Błękit_paryski)))
     Od czasu fascynacji Błękitem Paryskim z zainteresowaniem śledzę popisy producentów farb ściennych w obszarze nazw kolorów. W Anglii jest bardzo stylowa sieć sklepów z tapetami i farbami: Farrow&Ball. Odnoszę wrażenie, że jeśli nazwa firmy składa się z dwóch nazwisk zespolonych &, cieszy się w Anglii wiekszym uznaniem, szczególnie w sektorze przeznaczonym dla podwyższonego standardu. Wizyta w Farrow&Balls to estetyczna uczta. Wkraczamy w swiat stylowych tapet, ozdobnych sztukaterii, propozycji kolorystycznych właściwych dla pokoi, które są poza zasięgiem przeciętnego człowieka, ale zawsze można do nich aspirować. Pewnie na tym właśnie bazuje wiele sklepów o dwuczłonowej nazwie. Trudno uciec od snobizmu i aspiracji w społeczeńswie, w którym podział klasowy był i jest tak znaczący. Hiacynta Bukietowa, która tak bardzo starała się przeskoczyć o klasę wyżej, na pewno kupowałaby w Farrow&Ball pod warunkiem, że puszki po farbach z logo firmy widziałaby jej sąsiadka.
    Zostawiam Hiacyntę i wracam do sklepu, do kolorów. Jest i on: NIEBIESKI, w wielu odcieniach. Do tego cała poezja nazw. Jak sami zwracają uwagę producenci a może raczej twórcy z Farrow & Ball, “jednym z ekscentrycznych, ale też jakże eleganckich atrybutów ich farb są właśnie nazwy. Zawsze dystyngowane i zakorzenione w przeszłości. Są wręcz tematem rozmów!” Owładnięta atmosferą stylowego sklepu, cała w dystynkcjach a wręcz pretensjch, zagłębiam się w metafory niebieskości. Jako pierwszy mój ulubiony: “Drawing Room Blue” czyli “Bawialniany Niebieski”. Oto jego opis: “Tradycyjny salonowy niebieski. Jego czysty odcień odnosi się do kobaltowego pigmentu używanego przez artystów i wytrawnych dekoratorów od czasu jego odkrycia w XIX w.” Kolejny odcień to “Stiffkey Blue”, który nawiązuje do “niezwykłego koloru błota z plaż Stiffkey w Norfolk. Odrobinę bardziej niebieska alternatywa dla odcienia Down Pipe”, czyli takiego, który wizualnie pozwala się wtopić w tło rurom kanalizacyjnym, które w Anglii często znajdują się na zewnątrz budynku.
Poniżej link do video prezentującego Stiffkey Blue.
https://www.youtube.com/watch?v=v5AQQoziH-8 
Nie mogę pominąć “Inchyra Blue”, który to odcień pierwszy raz został użyty w klasysznym gregoriańskim Inchyra House tak, aby współgrał z nastrojwymi kolorami szkockiego nieba. Niebieskich jest jeszcze kilkanaście, każdy o równie wymyślnej nazwie. Niepocieszona brakiem bawialni, opuszczam elegancki sklep. Ach, nie mogę nie wspomnieć o pewnym różu...Otórz “Peignoir” czyli “Peniuar” to “romantyczny odcień zainspirowany szyfonowymi szlafrokami, którymi tradycyjnie okrywały sie damy, szczotkując włosy w buduarze”...
To jeszcze nie koniec mojej przygody z kolorami od Farrow&Ball.

U znajomych, którzy właśnie przeprowadzili remont, podziwiam odcienie szarości zdobiące ściany. Widzę znajomą puszkę, natychmiast sprawdzam nazwę koloru. Coż...widać, że szarościom do bawialni dalego, nie ma co ich szukać na plażach Norfolk, w ogóle na powierzchni ziemi...Głęboką, chłodną szarość nazwano bowiem: “Mole's Breath” czyli “Oddech Kreta”...Czegóż dowiadujemy się z opisu? Otóż “Oddech Kreta” jest odrobinę mniej zielony niż bardzo popularny “Grzbiet Myszy”...       Mogłabym w to brnąć dalej, ale czas wrócić do niebieskiego. Pretekstem do tego wpisu było coś, co jest lokalnym wydażeniem, trwa kilka tygodni, zaznaczone jest nawet na przydrożnych tablicach z mapką leśnych ścieżek i ma kolor niebieski. To BLUEBELLS czyli dzwoneczki, a raczej ich kwitnięcie. W kwietniu a czasem w maju całe połacie lasu zabarwiją się na niebiesko. To niebieski w jednym z najwspanialczych odcieni. Szukałam go w katalogu Farrow&Ball, ale nie ma, nie ma “Bluebells magic” ani nawet “Royal Bluebells”. Może ten odcień jest nie do podrobienia a może byłby zbyt ekscentryczny nawet dla Anglików. Wspaniale wyglada w zestawieniu z soczystym, wręcz świecącym zielonym liści dzwoneczków. Magia!  







P.S. Ten artykuł nie jest sponsorowany przez Farrow & Ball.

wtorek, 19 kwietnia 2016

1. Intro - Królicza nora

   Mieszkałam kiedyś w Afryce, w Tanzanii, w świecie jakże innym od wcześniej mi znanego. Na każdym kroku byłam zaskakiwana, zdziwienie było wpisane w codzienność. Teraz mieszkam w Anglii, w Guildford w hrabstwie Surrey i nie przestaję się dziwić. Bo choć Anglia wydaje się pod wieloma względami tak bliska Polsce, różnice są zakakujące. Są bardziej zwodnicze, bo pojawiają się zupełnie niespodziewanie. Subtelne, trudne do zdefiniowania, tworzą mikropułapki, o które łatwo się potknąć i wpaść wprost do króliczej nory. Postnowiłam przyjrzeć się bliżej tej norze, zostać badaczką małych angielskich dziwactw, opisać subtelności, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi, ale to właśnie one tworzą tożsamość miejsca, są drobnymi plamkami, z którch stworzony jest wielki obraz.

     Badam bardzo ograniczony skrawek terytorium, moje opisy są subiektywne i nie formułuję wniosków, które odnoszą się do całej społeczności. Tytuł bloga nawiazuje oczywiście do książki Lewisa Carrolla, króry mieszkał w Guildford i tu pisał. Nie tylko dlatego wybrałam ten tytuł. Anglia jest dla mnie trochę zaczarowaną krainą, gdzie wciąż urządza się przyjęcia przy herbatce, gdzie sklep z nakryciami głowy nazywa się “U Szalonego Kapelusznika” a szykowny pub to Marcowy Zając. W pubach i restauracjach są fotele w kratę jakby wyjęte z mieszkania Sherlocka Holmesa, na spacer chodzę na wichrowe wzgórza, gdzie można spotkać jegomościa w tweedowej marynarce z chartem przy boku. Całości dopełnia wiktoriańska i edwardiańska zabudowa. Wystarczy tylko dodać mgłę i obraz tego wyjątkowego świata, zakorzenionego w przeszłości, gotowy. Przybyszowi może wydać się on fikcyjny i w tę fikcję przyjemnie jest się zanurzyć, choć czyhają w niej i czarne charaktery. Ja własnie taką Anglię lubię widzieć i wiem też, że to obraz wybiórczy i mocno wyidealizowany, ale coż...każdy ma taką króliczą norę, jaką sobie wymyśli.  


Klimaty
Wichrowe wzgórza



Wichrowe wzgórza, gdy nie ma mgły