Mieszkałam kiedyś w Afryce, w
Tanzanii, w świecie jakże innym od wcześniej mi znanego. Na każdym
kroku byłam zaskakiwana, zdziwienie było wpisane w codzienność.
Teraz mieszkam w Anglii, w Guildford w hrabstwie Surrey i nie
przestaję się dziwić. Bo choć Anglia wydaje się pod wieloma
względami tak bliska Polsce, różnice są zakakujące. Są bardziej
zwodnicze, bo pojawiają się zupełnie niespodziewanie. Subtelne,
trudne do zdefiniowania, tworzą mikropułapki, o które łatwo się
potknąć i wpaść wprost do króliczej nory. Postnowiłam przyjrzeć
się bliżej tej norze, zostać badaczką małych angielskich
dziwactw, opisać subtelności, na które zazwyczaj nie zwraca się
uwagi, ale to właśnie one tworzą tożsamość miejsca, są
drobnymi plamkami, z którch stworzony jest wielki obraz.
Badam bardzo ograniczony skrawek
terytorium, moje opisy są subiektywne i nie formułuję wniosków,
które odnoszą się do całej społeczności. Tytuł bloga nawiazuje
oczywiście do książki Lewisa Carrolla, króry mieszkał w
Guildford i tu pisał. Nie tylko dlatego wybrałam ten tytuł. Anglia
jest dla mnie trochę zaczarowaną krainą, gdzie wciąż urządza
się przyjęcia przy herbatce, gdzie sklep z nakryciami głowy nazywa
się “U Szalonego Kapelusznika” a szykowny pub to Marcowy Zając.
W pubach i restauracjach są fotele w kratę jakby wyjęte z
mieszkania Sherlocka Holmesa, na spacer chodzę na wichrowe wzgórza,
gdzie można spotkać jegomościa w tweedowej marynarce z chartem
przy boku. Całości dopełnia wiktoriańska i edwardiańska
zabudowa. Wystarczy tylko dodać mgłę i obraz tego wyjątkowego
świata, zakorzenionego w przeszłości, gotowy. Przybyszowi może
wydać się on fikcyjny i w tę fikcję przyjemnie jest się
zanurzyć, choć czyhają w niej i czarne charaktery. Ja własnie
taką Anglię lubię widzieć i wiem też, że to obraz wybiórczy i
mocno wyidealizowany, ale coż...każdy ma taką króliczą norę,
jaką sobie wymyśli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz