czwartek, 21 kwietnia 2016

2. Oddech Kreta

     
     
    
      Właśnie dzieje się coś, co każe mi napisać o kolorze niebieskim. Jest to mój ulubiony kolor, fascynujący ze względu na ilość odcieni a także ich szalenie poetyckich nazw. Jako mała dziewczynka zakradałam się do szafki, w której mój tata trzymał farby, ktredki i pastele. Były to przedmioty dla mnie zakazane, bo jako dziecko mogłam je przecież “wypaprać”, połamać, zniszczyć. Ja jednak otaczałam je kultem i zaciagałam się zapachem tej szafki, którego główną nutę stanowiła woń drewnianych ołówków. Wpatrywałam się w prosokąty kolorów wypełniające czarne pudełko. Każda z farb miała wgłębienie, które powstało na skutek nabierania koloru na pędzel. Tworzyły zwarte, błyszczące powierzcnie. Na wieczku znajdował się opis z nazwami kolorów. Wśród odcieni niebieskiego kobaltowy, chabrowy, turkusowy i ten jeden, jedyny, najbardziej podniecający: Błękit paryski. Ciemny, zimny, nasycony, trudny do zdefiniowania niebieski. Do tego z Paryża! Czy chodzi tu o kolor płaszczy paryskich dam, kolor nieba nad miastem, apaszek i szalików, ścian w mieszkaniach czy jeszcze czegoś innego? Definicja tego nie wyjaśnia a do tego odziera barwę z magii:
"Błękit paryski - kolor zimny pochodny. Czasami bywa mylony z granatowym, choć nie jest do niego zbyt podobny. Przypisywany jest nieorganicznemu związkowi chemicznemu, żelazocyjankowi potasowo - żelazowemu. Ta sama substancja nazywana jest też błękitem pruskim i błękitem Turnbulla, od czego nazwy biorą dwa zupełnie inne kolory."(http://pl.kolory.wikia.com/wiki/Błękit_paryski)))
     Od czasu fascynacji Błękitem Paryskim z zainteresowaniem śledzę popisy producentów farb ściennych w obszarze nazw kolorów. W Anglii jest bardzo stylowa sieć sklepów z tapetami i farbami: Farrow&Ball. Odnoszę wrażenie, że jeśli nazwa firmy składa się z dwóch nazwisk zespolonych &, cieszy się w Anglii wiekszym uznaniem, szczególnie w sektorze przeznaczonym dla podwyższonego standardu. Wizyta w Farrow&Balls to estetyczna uczta. Wkraczamy w swiat stylowych tapet, ozdobnych sztukaterii, propozycji kolorystycznych właściwych dla pokoi, które są poza zasięgiem przeciętnego człowieka, ale zawsze można do nich aspirować. Pewnie na tym właśnie bazuje wiele sklepów o dwuczłonowej nazwie. Trudno uciec od snobizmu i aspiracji w społeczeńswie, w którym podział klasowy był i jest tak znaczący. Hiacynta Bukietowa, która tak bardzo starała się przeskoczyć o klasę wyżej, na pewno kupowałaby w Farrow&Ball pod warunkiem, że puszki po farbach z logo firmy widziałaby jej sąsiadka.
    Zostawiam Hiacyntę i wracam do sklepu, do kolorów. Jest i on: NIEBIESKI, w wielu odcieniach. Do tego cała poezja nazw. Jak sami zwracają uwagę producenci a może raczej twórcy z Farrow & Ball, “jednym z ekscentrycznych, ale też jakże eleganckich atrybutów ich farb są właśnie nazwy. Zawsze dystyngowane i zakorzenione w przeszłości. Są wręcz tematem rozmów!” Owładnięta atmosferą stylowego sklepu, cała w dystynkcjach a wręcz pretensjch, zagłębiam się w metafory niebieskości. Jako pierwszy mój ulubiony: “Drawing Room Blue” czyli “Bawialniany Niebieski”. Oto jego opis: “Tradycyjny salonowy niebieski. Jego czysty odcień odnosi się do kobaltowego pigmentu używanego przez artystów i wytrawnych dekoratorów od czasu jego odkrycia w XIX w.” Kolejny odcień to “Stiffkey Blue”, który nawiązuje do “niezwykłego koloru błota z plaż Stiffkey w Norfolk. Odrobinę bardziej niebieska alternatywa dla odcienia Down Pipe”, czyli takiego, który wizualnie pozwala się wtopić w tło rurom kanalizacyjnym, które w Anglii często znajdują się na zewnątrz budynku.
Poniżej link do video prezentującego Stiffkey Blue.
https://www.youtube.com/watch?v=v5AQQoziH-8 
Nie mogę pominąć “Inchyra Blue”, który to odcień pierwszy raz został użyty w klasysznym gregoriańskim Inchyra House tak, aby współgrał z nastrojwymi kolorami szkockiego nieba. Niebieskich jest jeszcze kilkanaście, każdy o równie wymyślnej nazwie. Niepocieszona brakiem bawialni, opuszczam elegancki sklep. Ach, nie mogę nie wspomnieć o pewnym różu...Otórz “Peignoir” czyli “Peniuar” to “romantyczny odcień zainspirowany szyfonowymi szlafrokami, którymi tradycyjnie okrywały sie damy, szczotkując włosy w buduarze”...
To jeszcze nie koniec mojej przygody z kolorami od Farrow&Ball.

U znajomych, którzy właśnie przeprowadzili remont, podziwiam odcienie szarości zdobiące ściany. Widzę znajomą puszkę, natychmiast sprawdzam nazwę koloru. Coż...widać, że szarościom do bawialni dalego, nie ma co ich szukać na plażach Norfolk, w ogóle na powierzchni ziemi...Głęboką, chłodną szarość nazwano bowiem: “Mole's Breath” czyli “Oddech Kreta”...Czegóż dowiadujemy się z opisu? Otóż “Oddech Kreta” jest odrobinę mniej zielony niż bardzo popularny “Grzbiet Myszy”...       Mogłabym w to brnąć dalej, ale czas wrócić do niebieskiego. Pretekstem do tego wpisu było coś, co jest lokalnym wydażeniem, trwa kilka tygodni, zaznaczone jest nawet na przydrożnych tablicach z mapką leśnych ścieżek i ma kolor niebieski. To BLUEBELLS czyli dzwoneczki, a raczej ich kwitnięcie. W kwietniu a czasem w maju całe połacie lasu zabarwiją się na niebiesko. To niebieski w jednym z najwspanialczych odcieni. Szukałam go w katalogu Farrow&Ball, ale nie ma, nie ma “Bluebells magic” ani nawet “Royal Bluebells”. Może ten odcień jest nie do podrobienia a może byłby zbyt ekscentryczny nawet dla Anglików. Wspaniale wyglada w zestawieniu z soczystym, wręcz świecącym zielonym liści dzwoneczków. Magia!  







P.S. Ten artykuł nie jest sponsorowany przez Farrow & Ball.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz